|
Katarzyna Kwiatkowska (Indie 2006):
Jakis czas już minał od mojego powrotu z Indii, niemniej jednak chciałam podziekować za przygotowanie wspaniałych wakacji.
Zaskoczona byłam elastycznym podejściem do naszych oczekiwań i potrzeb na miejscu. Sprawdzili się nasi przewodnicy z Polski (Bartek&Bartek) oraz cała "Indiańska" ekipa na miejscu. Brakowało jedynie 1 wolnego dnia na faktyczny wypoczynek na leżaku.
Było super! Piekna pogoda i pyszne jedzonko.
A jakie obiekty foto...
Jednoczesnie zgłaszam się na wyjazd do Ameryki Południowej, o ile bedzie :-).
Elżbieta Targońska (Indie 2006):
Króciutko, bo harce indyjskie oznaczają , ze teraz tzreba odrabiac rozliczne zaległości zawodowe.
Wyprawa była bardzo udana moim zdaniem z wielu wzgledów m.in. ze wzgledu na lekko zbaczająca z tras tartych i wydeptanych marszrutę czyli możliwośc spotkania miejsc i ludzie niezmanierowanych i autentycznych.
Grupa uczestników jakkolwiek nad wyraz różnorodna była zgrana, interesująca i zainteresowana z grubsza tym samym czyli fotografią. Choć nasz poziom fotograficzny był bardzo różny to fakt ze byli z nami Bart Pogoda i Zbyszek Szyłański- skłonni do porad i pomocy- na pewno podniosła nas wszystkich na wyższy poziom wtajemniczenia.
Trafilismy na dobra pogodę, nie było wypadków, katastrof ani innych nieszcześc, a zatem pełny sukces.
Minusy ? Zamiast super luksusu w wydaniu The Grand New Delhi Hotel w wersji jedna noc lepiej byłoby nieco obnizyc loty i zafundować 2 noclegi , aby kwestia kąpieli i przygotowania do lotu powrotnego ( choć przebiegła w miare sprawnie) nie była problemem.
Zbigniew Szyłański (Indie 2006):
No i stało się. O kolejnej wyprawie z onePhoto Adventure, tym razem do północnych Indii, będzie mówiło się już tylko w kategoriach czasu przeszłego. Kilkanaście dni wyprawy minęło jak mgnienie oka. To było dość intensywne, aczkolwiek w granicach naszej wytrzymałości, fotograficzne eksplorowanie rozmaitych miejscowości w czworokącie Shimla - Manali - Taragarh - Dharamshala, a jednocześnie poznawanie tego, co ma do zaoferowania pod względem krajobrazowym i etnograficznym ta część Małych Himalajów.
Na pewno zobaczyłem fragment innych Indii, bardziej autentycznych, niż te widziane oczami tradycyjnego turysty podróżującego wytyczonymi trasami z biurami podróży. O taki właśnie obraz kraju i jego mieszkańców mi chodziło.
Na uporządkowanie wrażeń będzie potrzeba więcej czasu. Jakimi zatem refleksjami mogę podzielić się już teraz, na gorąco?
Trzy rzeczy mnie zaskoczyły od samego początku: dużo ludzi widocznych na wszystkich zamieszkałych terenach, wszechobecne śmieci i kakofonia dźwięków pochodzących z klaksonów samochodowych na ulicach i drogach. W tak wielkiej skali nie widziałem tego dotąd nigdzie. Porażała mnie powszechna bieda i codzienna walka o przeżycie tak wielu Hindusów. Ale też zauważalne były zabiegi mieszkańców ulic i slumsów o utrzymanie elementarnej higieny i troska o dzieci.
Życzliwość mieszkańców do nas była tym większa, im dalej znajdowaliśmy się od szlaków turystycznych. Takich sytuacji akurat spodziewałem się, bo jest to regułą także w innych rejonach świata. Nie spotkaliśmy się z żadnym gestem wrogości autochtonów. Natomiast na przyjazny uśmiech i takie samo kiwnięcie głową, czy ręką oraz ciekawe spojrzenia trafialiśmy na każdym kroku.
Dla fotografików pasjonujących się reportażem, zwłaszcza streetfoto, oraz portretami był to wymarzony wyjazd. Ciekawe sytuacyjne scenki uliczne, charakterystyczne i zarazem fotogeniczne twarze dzieci i osób dorosłych, żywe kolory ubiorów odcinające zdecydowanie ludzi od tła, to niewątpliwe zalety tych miejsc. Można powiedzieć, że uważny obserwator, jest tam wręcz skazany na długotrwałą, nieustającą sesję fotograficzną. Szczególnie podobały mi się krótkie pozaprogramowe wypady wczesnym porankiem na ulice budzących się po nocy miasteczek, jeszcze o szarówce i przed śniadaniem oraz przed naszymi wyjazdami do górskich wiosek, pozwalające na obserwacje tego, co dzieje się tylko o tej porze dnia na ulicach i w zakamarkach ulic.
Podczas wyprawy rzeczywiście zobaczyłem wiele interesujących scen. Ciekawe spostrzeżenia wyniosłem z warsztatów pracy ludzi wykonujących prace tkackie, krawieckie, wyszywających na tkaninach różne kolorowe elementy, realizujących roboty stolarskie i metaloplastyczne, z manufaktury herbaty w czasie jej postoju, oraz z miejsc, gdzie uroczyście obchodzono religijne święta (m.in. święto Sikhów). Osobny rozdział należałoby poświęcić Tybetańczykom i kulturze buddyjskiej, widocznej szczególnie w rejonie Dharamshali.
Generalnie odmienność kulturowa mieszkańców tego przedziwnego kraju, jakim są Indie wyrażała się dosłownie we wszystkim i o tym można by długo opowiadać.
Cztery zdania o organizacji wyjazdu. Został przygotowany całkiem dobrze. Żadnych wpadek i nieprzyjemnych zaskoczeń nie zarejestrowałem. Hotele były bardzo przyzwoite (w Shimli hotel dobrej klasy miejscowej, w Manali - Holiday Inn mówi sam za siebie, no a w Taragarh pełna egzotyka - pałac maharadży), z kolei w Delhi - Grand Hotel to najwyższy poziom światowy. Jedzenie swoiste, indyjskie, nasycone przyprawami, w ilościach ponad nasze możliwości.
Wspomnę jeszcze o trzech ważnych dla mnie kwestiach. Nie bardzo sobie wyobrażam tę wyprawę bez Barta Pogody, który był naszym "cziczerone" i jednocześnie bardzo życzliwym pomocnym kompanem. Młody, ale doświadczony, przesympatyczny obieżyświat pomagał nam rozumieć Indie. Mam nadzieję jeszcze spotkać się z nim podczas innej wyprawy. Ponadto los dopisał tworząc dobór fajnej grupy osób dotąd nie znających się, ale szybko integrujących się i tworzących świetną atmosferę. Mieliśmy też szczęście trafiając na właściwych indyjskich przewodników, którzy "otworzyli" przed nami te górskie wioski. Zdaję sobie sprawę, iż bez nich (niektórzy mieli swoje korzenie w tych wioskach), nawiązanie kontaktu i zgoda mieszkańców wiosek na nasze wtargnięcie w ich codzienne życie, byłyby bardzo problematyczne.
Nad całością wyprawy czuwał wiadomo kto, pozdrawiam Cię Dezerterze! -)). Dobrze mieć świadomość, iż ktoś 7000 km od nas interesuje się na bieżąco losem wyprawy.
Na przyszłość zmieniłbym tylko kilka punktów programowych.. Opuściłbym na pewno przereklamowany Toy Train, spacery po ich lasach i z ogólnej liczby odwiedzanych skreśliłbym 1-2 mniej interesujące wioski, natomiast w Delhi dotarłbym na pewno do zaklinaczy węży.
No to rozpisałem się. A na początku myślałem, że to będzie niewiele zdań.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich obieżyświatów!
Incredible India? A może należałoby dodać strange India?
Bartosz Budrewicz (Kenia 2006):
Impreza zorganizowana przez Dezertera i Spółkę daleko przeszła moje wyobrażenia.
Było naprawdę świetnie. Nie chodzi tylko o zdjęcia, ale po prostu dobrą wakacyjną zabawę. Na szczególną pochwałę zasługuje dbałość o to, co większość dużych biur pomija, czyli szczegóły. Ponadto naprawdę podobała mi się rzeczywista a nie markowana chęć dogodzenia wszystkim ale i o każdemu z osobna. Jak dla mnie już te dwa atuty sprawiają, że z przyjemnością wybiorę się z Wami na kolejną przygodę, o ile tylko czas i finanse pozwolą.
Jedyną obserwowalną wadą tej wyprawy było to, że teraz będę miał dużo większe wymagania co do podróży urlopowych ;).
Długo by opowiadać, ale tak na szybko, kilka myśli zebranych. Trochę chaotycznie, może za jakiś czas uda mi się to lepiej zebrać.
1. Kapucynki kradnące baterie i próbujące kiepy z popielniczki były całkiem urocze, ale zmuszały do uwagi przy wychodzeniu / wchodzeniu do domku.
2. Mało komarów (przynajmniej tam gdzie byliśmy). W polsce po przyjeździe, w centrum Wawy na starcie ucięły mnie 3. Tam chyba ze 3 przez cały wyjazd.
3. Drogi gorsze niż w .pl !!! Momentami na zwykłej drodze (jeden pas w jedną, drugi pas w drugą), mijało się na raz 5 samochodów! Wykorzystując pobocza (nieważne z której strony) i co tam tylko można. Zaiste ciekawe doświadczenie.
4. Edukacja. W zwykłej wiosce murzyńskiej, w której codziennym jedzeniem jest mleko zmieszane z krowią krwią, a domy robi się z krowich placków, dzieciaki od malutkiego uczy się 3 języków (suahili, plemienny i obowiązkowo angielski).
5. Biała twarz otwiera wszystkie drzwi. Po drodze mijaliśmy niezliczone blokady policyjne. Na prawie wszystkich trzepali "lokalesów", nas zatrzymali tylko raz - na granicy parku, celem kontroli biletów. Za każdym innym razem policjanci uśmiechali się szeroko i machali zapraszająco żeby jechać.
6. Bardzo sympatyczni ludzie. Kontaktowi, pomocni (nawet bezinteresownie). A kierowców mieliśmy już zupełnie odjazdowych. Ja jeździłem z facetem, który na pytanie czy nie jest zmęczony (po całym dniu jazdy kiedy nawet ja już się przewracałem), odpowiadał "stary, to najlepsza robota pod słońcem, jak mógłbym być zmęczony!". A miał prawo być znudzonym, bo innym razem kiedy pod wrażeniem jego wiedzy zapytałem skąd tyle wie, odpowiedział, że jeździ już 18 lat!
7. W hotelach świetne żarcie (zwłaszcza w Samburu, najgorsze ale też niezłe w Maasai Mara). Trochę się bałem jakichś cudactw na patyku, ale było naprawdę profi.
8. Największe rozczarowanie - krokodyl. Nie udało nam się zobaczyć akcji, a kiedy leży jak placek na brzegu, to nawet z antylopą w paszczy specjalnie sympatyczny nie jest.
9. Największy fuks, to chyba lampart w świetnym do focenia miejscu. Dez był już parę razy w Kenii, ale po raz pierwszy trafił na taką gratkę. Lampart jest aktywny nocą, a w dzień się zwykle zaszywa na tyle skutecznie, że ciężko go spotkać.
10. Największe pozytywne zaskoczenie - dla mnie - ptaki. Tzn. miałem świadomość że "cośtam" będzie, ale dopiero po przyjeździe dotarła do mnie cała ta barwna i rozkrzyczana ekipa. Dla ptasiarzy - raj na ziemi. Podczas krótkiej wizyty, prawie zupełnie nie nastawionej na ptaki, sfotografowałem kilkadziesiąt gatunków. W Polsce nie dałbym rady. Oczywiście sporo z tych zdjęć to foty mające wartość tylko dla mnie i raczej nigdy ich na forum nie pokażę. Ale kilka wyszło moim zdaniem całkiem przyzwoicie.
11. Ogromne przestrzenie. Podczas lotu balonem nad Maasai Mara, wznieśliśmy się na 600m. Jak okiem sięgnąć sawanna. Skóra cierpnie. Chce się wracać.
12. Dostojeństwo lwów. Kiedy wygrzewają się w słońcu to czuje się od nich moc ale i zupełnie olewający stosunek do turystów. Chociaż nasz kierowca bywał przy nich spięty. Kiedy podjechaliśmy do lwicy odpoczywającej obok upolowanej antylopy, nie wyłączył jak zwykle silnika i obserwował ją bardzo uważnie. Później powiedział mi tylko "no jokes with lions" z cholernie poważną miną.
Agata Budrewicz (Kenia 2006):
Długo się zastanawiałam co napisać o wyprawie do Kenii. Ciągle brakowało mi słow, zdań, które oddałyby atmosferę tego miejsca i tak niezwykłej przygody. Pavlik pieknie opisał dzień po dniu naszą wyprawę. Od siebie dodam tylko tyle, ze żadne słowa, żadne zdjęcia nie oddadzą w pełni magii, tak wszechobecnej w każdym zakątku Kenii: falujący ocean żółtych traw, smak wolności, zapach sawanny o poranku, dzikość serca. Wszystko to tworzy raj dla osób kochających przyrodę.
Z onePhotoAdventure i Maćkiem (Dezerterem) pojadę wszędzie. Choćby w najdalsze zakątki tego świata, bo Maciek potrafi zarażać wielka przygodą, gdzie człowiek zaczyna zmuszać sie do refleksji: co w życiu jest najważniejsze? W takich miejscach jak Afryka można znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Pojechałam do obcego "dzikiego" kraju, a poczułam się tam tak, jakbym po długiej bardzo podróży wróciła wreszcie do domu......... Maćku, zabierz mnie tam z powrotem:)
Zbigniew Szyłański (Kenia 2006):
Wrażenia
myślę, iż o powodzeniu takich imprez decydują przede wszystkim 2 czynniki: jednym z nich jest tożsamość zainteresowań uczestników (w tym przypadku fotografia), drugim dobre przygotowanie logistyczne wyprawy (w tym zadbanie o szczegóły). Są oczywiście jeszcze inne istotne elementy wpływające na pozytywną ocenę przebiegu eskapady, takie jak brak malkontentów w grupie, dyscyplina uczestników, fajna atmosfera w zespole, itd. Ale dwie pierwsze przesłanki są IMHO rozstrzygające.
I w tym miejscu muszę wyrazić się z uznaniem o organizatorach wyprawy: zarówno o Macieju (Dezerter) będącym spiritus movens całej imprezy, jak i o TSO. Nawet gdybym chciał się czepiać, to nie miałbym czego.
Afryka... jeśli musiałbym wybierać jeszcze raz z tysięcy interesujących rzeczy rozgrywających się na tym kontynencie, tę jedyną która najbardziej kojarzy mi się z tą częścią świata i która zarazem najbardziej do mnie przemawia, to wybrałbym ponownie świat zwierzęcy Afryki Wschodniej. Bogactwo gatunków fauny skumulowanych na obszarze możliwym do ogarnięcia obiektywem aparatu podczas takiej wyprawy jest powalający. A przy tym wszystkie zmysły chłonące cały ten ekosystem dostarczają tyle bodźców, że nie sposób tego zapomnieć. Do tej pory słyszę wyraźnie odgłosy nocnego życia sawanny.
Mile zaskoczyła mnie życzliwość autochtonów, ich spontaniczność, brak szczególnej nachalności, co nie oznacza, iż nie byliśmy aktywnie zachęcani do zakupów miejscowego rękodzieła. Odmienność kultur, obyczajowości, folklor widoczny zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, to dodatkowe ciekawe tło wyprawy. Zaskoczeń było sporo, np. widok orłów siedzących na trawnikach w Nairobi, marabuty okupujące gałęzie drzew ulic tej metropolii, żyrafy spacerujące na obrzeżach stolicy Kenii, choć już poza granicami miasta, liczne i przyjaźnie usposobione do turystów uzbrojone patrole policyjne na miejskich rogatkach, generalnie fatalna jakość dróg (tak nawiasem, to mało tam jest tych dróg), i wiele, wiele innych szczegółów.
Z kilku parków narodowych najbardziej zadziałały na moją wyobraźnię Maasai Mara i Nakuru i chyba w przyszłości, gdybym miał powtórzyć wyjazd na płaskowyż kenijski, to skupiłbym się tylko na tych dwóch. Co nie znaczy, iż Samburu, Shaba, Hells Gate, Naivasha i pozostałe nie potrafią wryć się w pamięć. Każdy jest inny, przynosi odmienne doświadczenia. Dość szybko udało się nam zobaczyć "wielką piątkę", dostrzec epizody wieczornego życia stada hien, oglądać wędrujące stada zebr, bawołów, antylop, żyraf i słoni. Z chęcią poświęciłbym znacznie więcej czasu, niż było mi dane, na fotografowanie tego co oferuje kraina wczesnych hominidów. Musiałbym być jednak tam przebywać przez kilka miesięcy (a przynajmniej przez kilka tygodni) i mieć do dyspozycji własnego jeepa (chodzi o możliwość optymalnego ustawienia kadru w stosunku do tła i kąta padania promieni). Czego nie widziałem a chciałbym zobaczyć? Przeżyciem byłoby asystowanie scenom polowań drapieżników, zobaczenie przeprawiających się przez Mara stad gnu atakowanych przez krokodyle, a generalnie to spotkanie większych ilości tych gadów w ich naturalnym środowisku, (widzieliśmy tylko pojedyńcze sztuki), oraz lepidozaurów: np. węży, jaszczurek. Nie ma jednak co narzekać. Na brak wrażeń nie cierpiałem. Presja środowiska przyrodniczego na zmysły każdego dnia pobytu była tak duża, iż długo byłoby o czym opowiadać.
W tej skróconej relacji nie ma opisów scen mrożących krew, bo takich nie było, i nie zdarzyło się nic, co byłoby w tamtejszych warunkach nadzwyczajnego. O potencjalnie 2 groźnych dla nas sytuacjach wspominał niedawno gdzieś Maciej (Dezerter). Ale to dobrze, że mogliśmy być spokojnymi obserwatorami zwyczajnych dni w życiu zwierząt afrykańskich.
Wiadomo, że na Ziemi są miejsca, do których chce się wracać. Afryka Wschodnia jest dla mnie na pewno jednym z nich.
Zofia Olesiak (Kenia 2006):
Wszystko co było napisane w programie zrealizowane z dużą nawiązką. Emocji jakie przeżywalismy nie bardzo da się opisać. Jedna z nich -ponieważ mieszkaliśmy w środku parków, wszędzie z nami wieczorami chodzili strażnicy, zwykle jeden z przodu z wielkim nożem lub dzidą , a drugi z łukiem z tyłu. Zdażyło sie że był czasem jeszcze trzeci. Ten trzeci prowadził madame( czyli mnie) za rekę. Wojtek bardzo chciał nam zrobic zdjecie pamiątkowe,ale niestety wychodziłam tylko ja , a prowadzący mnie Murzyn nie. Smiechu było wiele , bo tak naprawde to jak zrobić zdjęcie Murzyna w nocy. Cała grupa była pozytywnie zakręcona. Sytuacji wesołych i komicznych było wręcz na pęczki. Emocje przy robieniu zdjęć były bardzo duże. W skrócie można tak napisać - nie zjadły nas lwy, nie zaatakowały lamparty, gepardy oni nosorożce, nie zadeptały nas stada słoni ani bawołów. Dostojne żyrafy, zwinne antylopy, delikatne gazele, śliczne zebry, brzydale guźdźce i hipcie czasem uciekały w popłochu, ale najczęściej nie zwracały na nas uwagi. Za to my zamieraliśmy z zachwytu. Wiodok kilku tysięcy flamingów i kilkuset pelikanów długo jeszcze po nocach będzie się śnił. Cudnie i fantastycznie.
Wojciech Ciastoń (Kenia 2006):
Pierwszy raz w Afryce. Kenia była moim pierwszym spotkaniem z Afryka. Zaczarowała mnie tak mocno, że mógłbym tam zostać i może kiedyś tak się stanie. Niezwykłe, zmieniające się krajobrazy, dzikie zwierzęta na wyciągnięcie ręki, piękne i zgrabne kobiety. Czego może chcieć więcej człowiek, który lubi naturę. Coś jeszcze niezwykłego wydarzyło się tam, doborowe towarzystwo na wyprawie. Czego może chcieć więcej człowiek, który lubi się bawić. Fotografie, które tam powstały i doświadczenie, którego nabrałem, przypominają mi, że połączenie najlepszego daje najlepsze. Jak w matematyce, nieskończoność plus nieskończoność daje nieskończoność.
Anna Łukasik (Kenia 2007):
"Bardzo lubię Afryke i tak często jak tylko mogę, zawsze z ogromną
przyjemnością tam wracam. Drogi w Afryce są zakurzone i bywa , że
prowadzą do nikąd. Częto nie wiadomo co kryje się za horyzontem a
miasta mają ciasne zatłoczone uliczki. Podziwiam właśnie te
bezkresne przestrzenie, ludzi którzy nigdzie się nie spiesza i
zawsze mają czas na pogawędkę z nieznajomym i oczywiście wspaniałą
jeszcze nie zniszczoną przyrodę. Dotąd najbardziej
charakterystyczne dla Afryki były dla mnie zapachy i dżwięki:
suche powietrze znad pustyni, zapach fajki wodnej i owocow o
nieznanych barwach i smakach, wilgoć tropikalnego lasu, zapach
dzikich zwierząt, szum wiatru, grajace cykady i krzyk hieny w
nocy. Tym razem wybrałam się do Kenii jako osoba towarzysząca
zafascynowanemu fotografią synowi i poznałam ją z innej strony:
zobaczyłam Afrykę światła i cienia. Zobaczyłam jak pieknie wygląda
jezioro o zachodzie słońca, sieść antylopy o świcie, oświetlone
kropelki wody na skórze nosorożca...
Wyprawa One Photo była świetnie zorganizowana, trasa bardzo
ciekawa, prowadzący dobrze przygotowani-nie było mowy o
niewiadomej za horyzontem, a planow nie pokrzyżował nawet ulewny
deszcz. Mój syn bardzo wiele się nauczył i jeśli będziemy tylko
mogli z pewnoscią wybierzemy się na taką wyprawę raz jeszcze
Zbigniew Szyłański (Kenia 2007):
Do pewnych miejsc czasem się powraca i dzieje się tak zawsze z jakiegoś powodu. Dla mnie tym powodem była chęć usystematyzowania wcześniejszych spostrzeżeń i wyobrażeń o Kenii, potrzeba zwrócenia większej uwagi na szczegóły, na które poprzednio zabrakło czasu Tak się też stało. Wróciłem do tego egotycznego kraju i nie żałuję powrotu.
Teraz inaczej już postrzegałem otaczającą mnie rzeczywistość, zauważałem inne detale. Wrażenia z wyjazdu pozostaną na długo w pamięci. Wyprawy na kenijski płaskowyż pozwalają przede wszystkim nawiązać bezpośredni kontakt z niedostępną dla Europejczyków przyrodą, dają sposobność przyjrzenia się z bliska przebogatej faunie i interesującej florze, umożliwiają także poznanie życia autochtonów. Efektem są zapisane w pamięci doświadczenia oraz fotografie. Publikuję je m.in.na swojej stronie www. Jednym słowem wyprawa dostarczyła mi wielu nowych ciekawych wrażeń. A czy mogło być inaczej, jeśli nad całością czuwał Maciek Radomski?
Konkretyzują się też moje oczekiwania w odniesieniu do przyszłych eskapad. Być może organizatorzy zechcą uwzględnić w swoich przyszłych planach przygotowanie wyprawy dla niewielkiej grupy osób bardziej zaawansowanych w fotografii (8- 10 osób max), chodzi o pasjonatów, którzy będą zdecydowani poświęcić więcej czasu na konkretne tematy w niewielu wybranych miejscach. Nie przeczy to idei dalszego organizowania wakacyjnego fotografowania dla początkujących fotoamatorów, którym oferuje się co prawda wiele możliwości, ale tempo realizacji programu wymusza spojrzenia dość powierzchowne. W każdym bądź razie ja będę poszukiwał nieco innej drogi realizacji swoich fotograficznych potrzeb.
|
|
|